środa, 14 grudnia 2011

Losing My Religion

Ponieważ zawsze polecam Wam dobre książki, to dziś dla odmiany polecę dobrą muzykę. W oczekiwaniu na kolejną recenzję, posłuchajcie:)

Żaneta

piątek, 9 grudnia 2011

Po tropach do celu


Na pewno każdy z nas pamięta zabawę z dzieciństwa w podchody. Jedna grupa dzieciaków zostawiała tropy i wskazówki drugiej grupie, aby ta ich odnalazła. Zabawa była ekscytująca z uwagi na rozwiązywanie zagadek, domyślanie się o co chodziło i pogoń za uciekającymi. Mniej więcej taki poziom ekscytacji i podniecenia oraz dreszczyku emocji odczuwałam czytając książkę Anthony’ego Horowitza pt. „Dom jedwabny”.
Anthony Horowitz to mistrz budowania napięcia, szczególnie w scenariuszach seriali telewizyjnych. Po przeczytaniu jego książki mogę śmiało stwierdzić, że na mistrzostwo zasługuje również w ich pisaniu. „ Dom jedwabny” to najnowsza część przygód Sherlocka Holmesa i jego wiernego kompana (kronikarza), doktora Johna Watsona. Przyznam szczerze, że była to pierwsza książka opisująca przygodę tej dwójki, po którą sięgnęłam. Jednak po przeczytaniu jej wiem, że sięgnę po kolejne. „Dom jedwabny” dotyczy historii, której wcześniejsze ujawnienie nie było możliwe ze względu na charakter sprawy i osoby, które były w nią zamieszane.
Cała historia rozgrywa się w listopadowo-grudniowym, dziewiętnastowiecznym Londynie. W czasie gdy Watson przybywa w odwiedziny do swojego najlepszego przyjaciela Holmesa, do detektywa zgłasza się marszand z Wimbledonu – Edward Carstairs. Nie jest to zwykła towarzyska wizyta. Carstairs prosi Sherlocka o pomoc, wplątując tym samym Holmesa i jego kronikarza w jedną z największych zagadek i afer w ich życiu. Na początku wydawać by się mogło, że „misja” detektywa ma polegać jedynie na ochronieniu marszanda przed człowiekiem, który przybył za nim aż z Ameryki po to (jak sugerował Carstairs) by się zemścić. Jednak z każdą przeczytaną stroną nabierałam pewności, że to afera szyta grubszymi nićmi. Holmes ze swym kompanem odkrywają karty tej zagadki krok po kroku, odgadując kolejne umyślnie zaszyfrowane tajemnice. Właściwie to Sherlock niebywale sprytnie rozgryza te zagadki. Jego błyskotliwości nie da się zmierzyć żadną dostępną miarą. Zdolności do łączenia faktów, analizowania i doszukiwania się dziury w całym są jego niezbitym atutem. Watsonowi może brak lotności umysłu i dobrego nosa, ale za to jest chyba najwierniejszym przyjacielem jakiego spotkałam w dotychczas przeczytanej literaturze. Choć często rozsądek sugeruje mu, że zagłębianie się w sprawę jest dla nich niebezpieczne, nigdy nawet przez myśl nie przechodzi mu aby osamotnić Holmesa. Wydawać by się mogło, że przedkłada go nawet przed swoją własną rodzinę. Dodatkowo jest genialnym kronikarzem, czego realnym dowodem jest ta książka pisana w pierwszoosobowej narracji, w czasie przeszłym. Watson genialnie ubarwia główny wątek (który de facto chyba nie potrzebuje ubarwiania) charakterystyką miasta i ludzi, którzy je zamieszkują. Pozwala nam to przenieść się w czas i miejsce akcji, zobaczyć na własne oczy zamglony i tajemniczy Londyn oraz poznać mieszkańców jego dna, zwanego „światem piekielnym”. A mamy kogo poznawać… Każda z opisanych w książce postaci jest wyrazista, ma swoje unikalne cechy co sprawia, że bohaterowie głęboko zapadają w pamięć. Sam Sherlock Holmes jest inteligentny, sprytny, odważny i twardy, a zarazem dobry i współczujący – choć tych dwóch ostatnich cech stara się nie ujawniać. Wyraziści bohaterowie i mroczna, intrygująca zagadka daje wspaniałe połączenie. Książka kończy się  maksymalnie szokująco. Do ostatnich chwil trzyma w napięciu. Gwarantuję, że spodoba się miłośnikom thrilleru i mrocznych afer.
Polecam.

„Dom jedwabny”
Anthony Horowitz
Wydawnictwo Rebis, Poznań 2011  
Napisane na www.kobieta20.pl
 
Żaneta Obrzut
(zaneta.obrzut@wp.pl)

środa, 7 grudnia 2011

Bóg, kasa i rock'n'roll


Jak może wyglądać rozmowa zagorzałego katolika ze zdystansowanym agnostykiem? Większość pomyśli pewnie – „Czy oni będą mieli w ogóle o czym ze sobą rozmawiać?” lub też „Nie dogadają się, a będzie to  jedynie proces przerzucania się argumentami z niezrozumieniem dla drugiego rozmówcy”. Jeśli tak Wam się wydaję, to śmiało mogę Wam powiedzieć – pudło!
Tak się składa, że byłam „świadkiem” takiej rozmowy. Przeprowadzili ją Szymon Hołownia i Marcin Prokop, znani i lubiani dziennikarze, prowadzący popularne telewizyjne show „Mam Talent”. Jeśli wyżej wymienionych Panów nie znacie z „Mam Talent”, to może z „Dzień dobry TVN”, w którym Hołownia jest prowadzącym przegląd prasy, a Prokop wraz z Dorotą Wellman prowadzą program.           
            Rozmowę przez nich przeprowadzoną miałam przyjemność przeczytać w książce „Bóg, kasa i rock’n’roll”.  Nie bez znaczenia słowo Bóg pojawia się na samym początku, bo choć Panowie nie poruszają w książce tylko tematu wiary to jednak w każdym innym dotkniętym temacie, ten nieustannie powraca. Książka rozpoczyna się wstępem Marcina Prokopa, który przygotowuje nas na to z czym zetkniemy się podczas lektury. Panowie rozpoczynają swoją rozmowę od fundamentalnego pytania: Czy Bóg istnieje? (dopowiadając sobie – czy w ogóle mamy tu o czym dziś rozmawiać?). I tak zaczynając dialog prowadzą go przez rozdziały zatytułowane kolejno: Bóg, Kościół, Idole, Zakon, Modlitwa, Pieniądze, Bóg bawi się nami czy z nami. Znając Hołownie i Prokopa z telewizji mamy wrażenie, że ich książka będzie doświadczeniem totalnie łatwym, prostym i przyjemnym. Spodziewać byśmy się mogli sporej ilości rozrywki, okraszonej dowcipami i słownymi przepychankami rodem z „Mam talent”. „Bóg, kasa i rock’n’roll” ukazuje nam jednak zupełnie inne oblicza obu dziennikarzy. Po pierwsze poznajemy tego Szymona Hołownie, który prócz bycia osobą publiczną, jest głęboko wierzącym katolikiem, który prawie został zakonnikiem. Po drugie daje nam się poznać zupełnie inny Marcin Prokop. Owszem – nadal zabawny i z typowym dla siebie żartem i ironią, ale również zdystansowany (i to nie tylko do samego siebie) do tego co robi na co dzień, do swoich pieniędzy, do sławy. Ich dyskusja staje się głęboko merytoryczna, pojawia się niebywale duża ilość metafor (przez którą odrywając się od lektury choćby na chwile nierzadko można było zgubić wątek!) i wymagającego, zwyczajniej mówiąc – trudnego, słownictwa. Daje się wyczuć i wyczytać, że obaj Panowie bardzo dobrze wiedzą o czym mówią, dlatego ich dyskusja nie jest siłowaniem się na argumenty. Szymon Hołownia doskonale broni swojej (naszej) wiary posiadając odpowiedź na każde, wydawać by się mogło, najgłupsze pytanie Prokopa. Jest jak najfajniejszy w całym naszym katolickim doświadczeniu (o ile takie mamy) ksiądz – rekolekcjonista. Niby mówi o tym samym co na co dzień księża z naszej parafii, ale robi to jaśniej, przejrzyściej, nie uciekając przed żadnym pytaniem.

Marcin Prokop jest za to przedstawicielem ludzi, którzy chyba chcieliby wierzyć, ale zbyt wiele widzą niejasności, za dużo dla nich pytań bez odpowiedzi, a życie ziemskie – takie „tu i teraz” – jest dla nich zbyt atrakcyjne by jakkolwiek je przeformułować. Dodatkowo poznajemy jego oczytane i bardzo inteligentne oblicze. Argumenty Prokopa nie ułatwiają Hołowni zadania. Ich dyskusja nie toczy się jednak w calu wskazania czytelnikowi odpowiedniej i jedynej drogi. Chociaż na początku lektury najtrafniejsze wydawały mi się argumenty Prokopa i twardo stałam po jego stronie barykady  to z czasem nie dało się uciec przed tym, że w wypowiedziach Hołowni jest logika i sens. To genialne, że ktoś wreszcie zamienia frazes „uwierzcie a zrozumiecie” w jakże głębokie „wiara jest zrozumieniem”.
            Książkę Hołowni i Prokopa można polecić każdemu. W pierwszej kolejności jednak podsunęłabym ją osobie niepewnej, wątpiącej, poszukującej swojej wiary i powiedziała: „Przeczytaj, bo to rozmowa dwóch naprawdę spoko gości. Co prawda w swoim podejściu i ideologii różnią się totalnie, ale to jak z czarnym i białym – totalnie inne, jednak oba to kolory!” Chodzi mi o to, że choć Hołownia to katolik, który dałby się (chyba) dosłownie pokroić za swoją wiarę, a Prokopowi zależy na stabilizacji i bezpieczeństwie finansowym to obaj są ludźmi… takimi jak ja czy Ty.
            Pozwalając sobie na trochę prywaty: Jestem osobą, która wychowała się w katolickiej rodzinie. Zostałam ochrzczona, poszłam do pierwszej komunii świętej, śpiewałam w kościelnym chórku. Jednak dojrzewając i wkraczając w dorosłe życie coś zaczęło się zmieniać. Zaczęłam widzieć na świecie więcej zła, a księża zaczęli być przeze mnie źle postrzegani. Nie przystąpiłam do sakramentu bierzmowania bo wkurzał mnie proboszcz, obraziłam się na kościół, przestałam do niego chodzić. Nie – nie przestałam wierzyć w Boga, ale przestałam mieć dla Niego więcej czasu. Po wczytaniu się w słowa Hołowni coś we mnie drgnęło. Absolutnie nie nazwałabym tego nawróceniem, ale to było jakbym nagle dostała piłeczką do ping-ponga w głowę (SERIO!) i usłyszała: „Sorki moja droga, ale czy ty nie zapomniałaś całkiem o co tu chodzi?”
Dlatego gorąco polecam przeczytać książkę Hołowni i Prokopa – nie wiadomo co w Tobie drgnie po jej przeczytaniu!:)

„Bóg, kasa i rock’n’roll”
Marcin Prokop i Szymon Hołownia
Wydawnictwo Znak
Kraków 2011

Żaneta Obrzut
zaneta.obrzut@wp.pl

środa, 16 listopada 2011

Czasem kochać znaczy pozwolić komuś odejść


 „Chcę, abyście czytając moją opowieść, pamiętali o jednej rzeczy. Że pomimo całego bólu – przeszłego, obecnego oraz tego, który jeszcze nadejdzie – postąpiłabym dokładnie tak samo. Oraz o tym, że czasu, który spędziłam z tym mężczyzną, nie oddałabym za nic – z wyjątkiem tego, za co, ostatecznie, go oddałam.” – z pamiętnika Beth Cardall.
Obietnica to kluczowe słowo w nowej książce Richarda Paula Evansa pt. „Obiecaj mi”. W życiu głównej bohaterki Beth olbrzymią rolę odegrały dwie obietnice, złożone przez dwie różne osoby. Jedna dotrzymana, druga złamana.
Beth poznajemy gdy w jej życiu panuje pozorny spokój i szczęście. Jednak to tylko pozory, gdyż od pierwszych stron książki zaczyna się dla niej seria niepozytywnych wydarzeń.
„Czarną” serię zaczyna córka głównej bohaterki – sześcioletnia Charlott, u której zaczynają pojawiać się dziwne objawy wskazujące na jakąś tajemniczą chorobę. Zaraz po tym Beth dowiaduje się, że jej rodzina od lat była tylko fikcją. W tym momencie pojawia się pierwsza z obietnic – złamana przysięga małżeńska. Okazuje się, że jej mąż – Marc (przedstawiciel handlowy) zdradzał ją podczas swoich wyjazdów służbowych. Bohaterka postanawia rozstać się z mężem, jednak postępująca choroba córki zmusza ją do tolerowania go pod jednym dachem. Jego obecność sprawia, że w Beth ciągle tli się miłość do niego i nadzieja, że ich małżeństwo da się jeszcze odbudować. Wszystko burzy jednak wiadomość, że niewierny mąż ma nowotwór i nie zostało mu już zbyt wiele czasu. Jego choroba skłania go do wyznania żonie, że miał więcej niż jedną kochankę, co dramatycznie kończy jej miłość do niego. W rezultacie śmierć Marca dotyka najbardziej ich sześcioletnią córeczkę Charlott. Nasza bohaterka zostaje sama z chorym dzieckiem (nadal nie wiadomo co dolega dziewczynce) i problemami finansowymi. Jedynym jej wsparciem jest przyjaciółka z pracy Roxanne i życzliwa sąsiadka.
Przychodzą święta Bożego Narodzenia. Beth spędza je z córeczką. Mała Charlott mówi mamie, że poprosi Jezusa o coś dla niej. Zapytana o co wypowiada znamienne słowa: „O kogoś, kto się Tobą zaopiekuje”. Wtedy bohaterka spotyka Matthew. Jest młody, atrakcyjny, ciepły, czuły… wprost idealny. Pojawia się w najlepszym momencie i zna odpowiedź na wszystkie dręczące Beth pytania. Sugeruje jej na co chora jest Charlott, co wkrótce potwierdza lekarz. Staje się absolutną podporą i bratnią duszą bohaterki. Jednak jego tajemniczość i zbyt duża wiedza na temat rodziny Beth zaczynają ją niepokoić. Wkrótce okazuje się kim jest Matthew i skąd przybył. Dodatkowo dowiadujemy się co i komu obiecał oraz, że zamierza dotrzymać złożonej obietnicy. Dlaczego w takim razie nie może zaproponować Beth niczego więcej niż kilka miesięcy bycia razem? Ja już wiem, ale zdradzenie Wam tego pozbawiłoby Was elementu zaskoczenia i wzruszenia w czasie lektury książki Evansa.
„Obiecaj mi” jest książką lekką, niewymagającą od nas wielkiego wysiłku. Nie jest to jednak jej minusem, gdyż czasami proste słowa mówią najwięcej. Podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy zaczyna wpis z pamiętnika głównej bohaterki, czyta się szybko i przyjemnie. Jeśli wzruszenia i książki o miłości sprawiają Wam przyjemność – to gorąco polecam.

„Obiecaj mi” Richard Paul Evans
Wydawnictwo Znak, Kraków 2011

Żaneta Obrzut
(zaneta.obrzut@wp.pl) 
Ukazało się na: www.kobieta20.pl

środa, 2 listopada 2011

O cudzie narodzin i jeżdżeniu do sraczki

Służba zdrowia to temat lubiany przez media. Zwykle na nią narzekamy i oskarżamy o zaniedbania. Postanowiłam o kilka rzeczy zapytać kogoś, kto wie co nieco o działaniu służby zdrowia „od kuchni”. Na rozmówcę wybrałam sobie  ratownika medycznego – Tomasza Zgondka.
Nieciekawa rzeczywistość
Żaneta: Usłyszałam ostatnio od znajomej nieprzyjemną historię związaną z wezwaniem karetki pogotowia ratunkowego. Otóż siostra znajomej bardzo źle się poczuła. Dostała dziwnych duszności, zrobiła się blada, bolało ją w piersi przy oddechu. Znajoma wystraszyła się, że siostra może mieć zawał (tym bardziej, że od dawna miała kłopoty z sercem), dlatego wezwała pogotowie. Lekarz, który przyjechał na miejsce podał jakieś lekarstwa i zaczął wyrażać swoje zdegustowanie, że wezwano karetkę. Znajoma oburzyła się mówiąc, że wyglądało to na coś poważnego. Na to lekarz odparł, że to ‘pierdoła’ i nie kwapił się z wyjaśnieniem co dolegało chorej. Nie rozumiem jak lekarz może obwiniać normalnych ludzi za to, że nie posiadają wiedzy medycznej i nie stawiają sobie sami diagnozy zanim zadzwonią po pogotowie…?
Tomek: Hmm… Myślę, że trzeba na to patrzeć z szerokiej perspektywy. Z jednej strony na ludzi, którzy się zupełnie nie znają, bo przecież nie mają obowiązku znać się na swoim zdrowiu. Chociaż przyznam szczerze, że dla ich własnego dobra byłoby wskazane gdyby się w chociaż podstawowym stopniu znali. No, ale nie możemy tego od wszystkich oczekiwać i to jest logiczne. Z drugiej strony problemem jest to, że w dużych miastach karetka wyjeżdża przerażająco często (mówię to na przykładzie Wrocławia). W małych miejscowościach karetka jest wzywana dużo, dużo rzadziej. Owszem, jest mniej ludzi, ale ludzie też nie wzywają do, przepraszam za słowo, pierdół. Mam znajomego, który pracuje w Twardogórze koło Sycowa i oni mają jeden, góra do trzech wyjazdów na 12-godzinny dyżur. Tu nie chodzi o to, że ja mam jakieś pretensje, że na dyżurze często wyjeżdżamy. Chodzi mi o kwestie przesady.
Żaneta: Kto przesadza i z czym?
Tomek: Jeżeli doprowadzi się do tego jak jest we Wrocławiu, że w nocy jeździmy od 19:00 do 4:00 rano non stop, potem jest może godzinka na drzemkę i od 5:00 do 7:00 rano znowu, to po prostu nie sposób jest aby ratownik logicznie myślał po iluś godzinach pracy bez odpoczynku. Wiele podstawowych objawów jest podobnych. Ktoś może mieć zwykłe wymioty, a może mieć wymioty zagrażające zespołem wgłębienia mózgu z powodu narastającego krwiaka, bo pan wcześniej dostał w głowę i krwiak mu na mózg uciska. Taki pan za parę chwil się zatrzyma i będzie po człowieku. Dlatego tak ważny jest trzeźwy umysł dzwoniących po pogotowie. Trzeba umieć rozróżnić kiedy przyjazd karetki jest naprawdę niezbędny, a kiedy to zakrawa na miano kaprysu po prostu.
Źródła problemów
Żaneta: To z czego to wynika, że w małych miastach nie jeździ się do „głupot”, a w dużych tak?
Tomek: Może to wynikać z przyzwyczajenia ludzi… Wiele osób tłumaczy to tak, że ludzie mieszkający w mniejszych miastach i na wsiach mają inną mentalność. Starają się leczyć sami różnymi specyfikami. Może są również nauczeni, że często szybciej jest samemu pojechać do szpitala (oczywiście o ile jest taka możliwość), niż wzywać karetkę. Jeśli w malutkich szpitalach jest tylko jedna wyjazdowa karetka to ludzie zdają sobie sprawę z tego, że może być akurat w terenie.
Za to ludzie w mieście często zdają sobie sprawę z przykrych realiów i wiedzą, że gdy sami pojadą na pogotowie, to będę musieli długo czekać w kolejce. A to jest niezaprzeczalny fakt. I dlatego nie ma co winić tych ludzi, którzy patrzą na to przez pryzmat własnego zdrowia i chcieliby dostać się do lekarza szybko.
Żaneta: To brzmi jak błędne koło…
Tomek: Bo problem jest taki, że to cały system źle funkcjonuje. Fajnie system działa w Niemczech. Tam człowiek z np. biegunką i wymiotami dzwoni do swojego lekarza pierwszego kontaktu, który do niego przyjeżdża. Koszty pokrywa ubezpieczenie i właśnie tak powinno być. Takimi właśnie w cudzysłowie „pierdółkami” powinien zajmować się lekarz rodzinny, fachowo nazywany lekarzem podstawowej opieki zdrowotnej. Taki lekarz zna swojego pacjenta, co jest bardzo dużym plusem, bo wie na co ten choruje i czego się po nim można spodziewać. Ten lekarz może skierować pacjenta do szpitala, albo nawet sam wezwać karetkę. Dyspozytor uzyska od niego informacje fachowe i na pewno nie zostanie wprowadzony w błąd. Gdyby u nas to funkcjonowało to sytuacja byłaby o wiele lepsza. Mniej byłoby jeżdżenia do, przepraszam za wyrażenie, sraczek; ludzie mieliby pomoc znacznie szybciej. Dochodzimy do tego, że na takie miasto jak Wrocław mamy przyzwoitą ilość karetek, ale niestety… Jeździmy do pierdół, bo ludzie wolą wezwać pogotowie niż czekać w kolejce. I nie jest to wina- tak jak już mówiłem- ludzi, którzy oczekują dostępu do leczenia, ani też lekarz, którzy bezradnie rozkładają ręce. Ludzie potrafią wymyślić sobie, że upadli i boli ich głowa bo to zagwarantuje im tomografię komputerową.
Żaneta: No właśnie… A potem jest tak, że nieprzytomny pijaczyna zabrany przez pogotowie  będzie miał zrobioną tomografię, a inni nie mogą się o nią doprosić miesiącami...
Tomek: Zgadza się. Jest tak, że zabrany z trawnika nieprzytomny nietrzeźwy zawieziony do szpitala może „liczyć” na dość kompleksową diagnostykę, na którą inni muszą czekać w kolejce. Finansuje im (ludziom „z ulicy”) to NFZ i dlatego dochodzi potem do tego, że oddziałów ratunkowych w szpitalach się nie opłaca mieć i jest ich coraz mniej. Wszystko przez to, że te oddziały przynoszą straty rzędów milionów złotych. Nie chodzi o to, żeby przynosiły zyski, ale powinny chociaż wychodzić na zero. Dlatego dyrektorzy się nie starają o te oddziały. A powinno być odwrotnie, bo są to jednostki, które pozwalają uratować w ciągu roku naprawdę „kilka” istnień ludzkich.
Żaneta: Nie rozumiem tylko dlaczego akurat Ci nietrzeźwi wyczerpują finanse NFZ!?
Tomek: No właśnie, to również jest problem. Powszechnie mówi się: „reagujcie!”, „widzicie? – reagujcie!” i owszem to jest ważne, nikt z tym nie będzie polemizował. Ale problem zaczyna istnieć, kiedy wzywają nas, bo ktoś leży na trawniku i się nie rusza. My reagujemy – przybywamy do takiego człowieka i co się okazuje? Od „poszkodowanego” wybitnie czuć alkohol i mówi nam, że nic mu nie jest, że wypił za dużo, nigdzie się nie uderzył i czuje się powiedzmy dobrze i nie chce jechać do szpitala. Dobrym zwyczajem byłoby gdyby osoba wzywająca po pogotowie zapytała (o ile to możliwe) człowieka, do którego wzywa pomoc czy coś mu rzeczywiście jest. Niech nie będzie tak, że jedyną czynnością ludzi, którzy chcą pomóc, jest wezwanie pogotowia. Bo niech oni pomyślą, że w momencie kiedy my będziemy rozmawiać z panem, któremu nic nie jest ktoś naprawdę będzie potrzebował pomocy. Tu naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy podejść do takiej osoby i upewnić się czy naprawdę coś jej się stało, czy tylko zwyczajnie śpi. Proste zwyczaje pozwolą zaoszczędzić mnóstwo czasu i pieniędzy oraz energii ludzi.Proste(?) rozwiązania
Żaneta: Niby proste rzeczy, a tak ciężko wprowadzić je w życie. A Ty, pracując już troszkę w tym zawodzie, co byś jeszcze zmienił?

Tomek: Dobrą praktyką na zachodzie jest to, że w niektórych krajach godzinę z 12-godzinnego dyżuru przeznaczają na szkolenie, na przypomnienie sobie wiadomości i zgranie w zespole – co również jest ważną sprawą. Wg mnie to mądra praktyka, gdyż w mniejszych miejscowościach (w których jest jedna, dwie karetki) z niektórymi przypadkami ma się do czynienia bardzo rzadko, albo wcale. I wtedy kiedy pojawia się jakiś groźny przypadek jest sytuacja, że ratownik już dobrze nie pamięta… Coś tam mu świta, ma przebłyski bo kiedyś się przecież tego uczył, ale dokładnie nie pamięta. I co wtedy…? Takie szkolenia byłyby pożyteczne dla wszystkich. Ratownicy by więcej pamiętali, a ludzie byliby bezpieczniejsi…. Do tego dochodzi fakt, że w momencie kiedy lekarzowi ratownikowi nie udaje się uratować człowieka – to nie ma on nawet chwili na odpoczynek. Nie tyle fizyczny, co psychiczny. Nie ma nawet szans na spotkanie z psychologiem. Ratownik musi działać dalej, jak z automatu.

Żaneta: Uważasz, że każdą zmarłą osobę ratownik powinien móc „przecierpieć”?

Tomek: Hm.. Wiem, że z jednej strony nie można się za bardzo wczuwać w pacjenta. Ale z drugiej strony nie można przechodzić nad śmiercią do porządku dziennego, bo to powoduje znieczulice i budzi obojętność w ludziach. Byłoby naprawdę dobrze gdyby kontakt z psychologiem był możliwy dla lekarza. Wiele ratowników, zwłaszcza tych młodych na początku swojej kariery, obwinia się. Myślą  czy czegoś źle nie zrobili, czy dało się uratować tego człowieka.

Żaneta: Czyli psycholog do  dyspozycji – to jeden z Twoich postulatów?
Tomek: Zdecydowanie! I szkolenia z relacji interpersonalnych. Ułatwiłyby one kontakt z ludźmi. Żeby nie dochodziło do sytuacji, kiedy ludzie czują się potraktowani chamsko. Nawet jeśli ktoś wzywa karetkę do tej tzw. pierdoły to nie można go źle potraktować. Informacje o tym, że przyjazd karetki był zbędny można przekazać przecież fachowo i kulturalnie, tak aby człowiek zrozumiał i nie czuł się przy tym zmieszany z błotem. Powinni uczyć nas jak rozmawiać z osobami agresywnymi, psychicznie chorymi, czy też po środkach psychotropowych.

Żaneta:
Zrobiło się bardzo poważnie w tej naszej rozmowie – a może pomimo poważnej pracy pamiętasz jakąś zabawną historyjkę?

Tomek: Kiedyś miałem zabawną sytuację. Wieźliśmy karetką kobietę rodzącą. Lekarz powiedział do niej coś w stylu: spokojnie, już niedługo i nie będzie tak bolało. Na co ona mu wykrzyczała, że on nie wie jaki to jest ból więc niech nie gada. I wtedy lekarka, która też jechała w karetce powiedziała: i dobrze, że nie wie, bo jakby mężczyźni mieli rodzić to już dawno byśmy wyginęli i, że oni by tego bólu nie znieśli przecież. Właściwie sądzę, że jest w tym trochę prawdy (uśmiech).
Kilka słów o rodzeniu

Żaneta: Fajnie, że nawiązałeś do tego bo ze względu na temat Twojej pracy licencjackiej, która była o porodach chciałam spytać też o kilka kwestii. Powiedz mi dlaczego jest tak, że spora część kobiet swój poród wspomina w kategoriach wielkiego koszmaru?

Tomek: Hm… Sądzę, że problem jest troszeczkę w tym, że w czasie ciąży wszyscy wokół tej ciężarnej biegają i później to zderzenie z rzeczywistością szpitalną, która rzecz jasna nie jest kolorowa, może powodować właśnie to bardzo złe odczucie. Bo rzeczywistość w szpitalu, nie będę ukrywał, różni się od prywatnych wizyt u ginekologa, do którego kobieta chodziła przez całą ciąże. Wszystko jak zwykle zależy od ludzi. Rodzącą zajmuje się w czasie całego porodu kilka osób i wystarczy żeby jedna w tym czasie zachowała się w gorszy sposób bo miała zły dzień i to popsuje całe wrażenie takiej kobiecie.
Żaneta: Słucham? To może powiesz mi, że ktoś może wyładowywać swój zły dzień na rodzących i innych pacjentach? Nikt nikomu nie karze być lekarzem i jak się taka praca (że należy być miłym) nie podoba to nie muszą jej wykonywać.
Tomek: Kurczę… Wiem, że to strasznie zabrzmi, ale skoro mówisz, że nikt nie karze być nikomu lekarzem to mogę powiedzieć – że lekarzom nikt nie płaci za to, żeby byli mili…
Żaneta: Jak to? A obowiązek zapewnienia pacjentowi komfortu psychicznego nie wiąże się z byciem dla niego miłym? I to jest przecież OBOWIĄZEK.
Tomek: Hm.. Jasne, że tak. Użyłem złego argumentu i ta rozmowa idzie w złą stronę. Chodzi mi ogólnie o to, że ciężarne są przyzwyczajone do skakania wokół nich, a niestety w szpitalu pojawia się podstawowy problem – niedomiar personelu. Tak jest taniej. Siłą rzeczy wraz z wzrastającym zmęczeniem personelu staje się on mniej miły. To logiczne, a z drugiej strony wiadomo, że nie jest to tłumaczeniem dla takiego zachowania.
Żaneta: Może nie popadajmy w skrajność. Bo ja nie wymagam, żeby lekarze szczerzyli się do każdego od ucha do ucha i każdego głaskali po głowie, ale może wystarczyłoby żeby po prostu nie byli niemili. Wystarczyłaby zwykła ludzka uprzejmość.

Tomek: Zdecydowanie masz rację. To jest też tak, że kobiety w ciąży są w specyficznym stanie psychicznym. Mają swoje humory, smaczki na różne rzeczy itp. To może w pewnym stopniu wpływać na odbiór rzeczywistości dookoła nich.

Żaneta:
No ale chyba nie powiesz mi, że im się coś wydaje???
Tomek: Nie, absolutnie. Ja mówię tylko o pewnego rodzaju przewrażliwieniu. Wiesz w obecnych czasach kobiety nie rodzą po dziesięć razy i dlatego poród jest dla nich czymś naprawdę wyjątkowym. A dla lekarzy? To nic wyjątkowego. Dla nich zdarza się to codziennie.

Żaneta: No tak, tylko codziennie zdarza się to im, a dla kobiety jest to przeżycie niepowtarzalne, bardzo często jednorazowe. Na to również lekarze mogliby zwrócić uwagę. Pięć razy dziennie zdarza się to im – obserwatorom.

Tomek: No cóż, co ja mogę Ci powiedzieć. Chyba tylko tyle, że są ludzie i ludzie. Sama wiesz. Może odbiegnę od tematu, ale ostatnio byłem na stwierdzeniu zgonu i lekarz zachował się naprawdę bardzo z klasą, godnie itd. A bywają tacy, którzy stwierdzą, że: „no cóż, zmarła Pani to Pani zmarła, miała już tyle lat itd.” – bo tacy niestety również się zdarzają. I nawiązując do tematu niby nie można stwierdzić, że ta Pani pracuje już 20 lat, widziała 20 tysięcy porodów w życiu więc może zachowywać się tak czy inaczej… Ale niewątpliwie trzeba zrozumieć, że na ludziach z długoletnim stażem praktycznie już nic nie robi większego wrażenia.

Żaneta: Czyli rodzące nie powinny oczekiwać specjalnego współczucia?

Tomek: Nie twierdzę, że nie powinny… Tylko widzisz, to nie jest taka jednoznaczna kwestia. Prawda zawsze leży gdzieś pośrodku. Trzeba zrozumieć zarówno te kobiety jak i personel szpitala. Ale oczywiście chamstwa nic nie tłumaczy i o tym nie zamierzam nawet dyskutować.
Żaneta: Na zakończenie - pozostając ciągle w temacie porodów… Często z kobietami „rodzi” mąż?
Tomek: Nie byłem nigdy przy takim porodzie, ale jest taka możliwość. Oczywiście o ile pozwalają na to warunki szpitala. Porodówki w niektórych szpitalach bywają malutkie. A przy cesarce o obecności męża nie ma mowy. Powiem Ci coś co mnie zawsze ujmowało i do tej pory ujmuje w porodach. To jest to, kiedy widzisz wysiłek tej kobiety… bo w pewnym momencie ta kobieta tak naprawdę ma tego wszystkiego już kompletnie dosyć i chce się „pozbyć tego dziecka już z siebie”, męczy się… I kiedy widzisz taką kobietę, która jest zmęczona, spocona, nie wygląda może najbardziej atrakcyjnie… rodzi to dziecko, dostaje je do rąk i momentalnie z jej twarzy znika grymas zmęczenia, bólu i pojawia się radość i uśmiech. To jest dla mnie najpiękniejsze w tym wszystkim i to jest dla mnie tym prawdziwym cudem narodzin.
Żaneta: I tym optymistycznym akcentem chciałabym zakończyć naszą rozmowę. Bardzo Ci dziękuje za podzielenie się swoimi spostrzeżeniami.

 Żaneta Obrzut

wtorek, 1 listopada 2011

Podwójne życie - podwójne niebezpieczeństwo

Recenzja czegoś, co ostatnio wpadło w moje łapki:)
Czasami kradzież tożsamości i ucieczka to jedyne wyjście z patowej sytuacji, ale co jeśli wraz z ukradzioną tożsamością ściągamy na siebie niebezpieczeństwo i nawet nie wiemy, z której strony ono nadejdzie?

Zapowiadało się dosyć typowo. Głównym bohaterem miał być gliniarz z londyńskiej dochodzeniówki, a sprawa do rozwiązania jak zwykle miała być tajemnicza. Mogłoby to zapowiadać książkę podobną do 10 tysięcy innych książek, ale od pierwszych stron coś mi nie grało. Po pierwsze gliniarz słabo wpisywał się w kanon stróża prawa, ponieważ zamiast stać na jego straży notorycznie i znacząco je łamał. Po drugie zagadka, którą próbował rozwiązać nie była tylko tajemnicza, wręcz diabelnie poplątana i intrygująca.
Głównego bohatera Nicka Belseya poznajemy w momencie, gdy ten znajduje się na „ostrym zakręcie”. Przez problemy z hazardem i alkoholem zostaje bez pieniędzy, dachu nad głową i z pewnością, że wywalenie go z pracy jest tylko kwestią czasu. Właśnie wtedy trafia na „sprawę swojego życia”.
Jest nią dziwne zaginięcie mieszkańca jednej z najbogatszych ulic w Londynie – Bihops Avenue. Belsey szybko odkrywa, że zaginięcie wcale nie jest zaginięciem a samobójstwem, które de facto - jak dowiadujemy się później- nie było samobójstwem a zabójstwem. Policjant angażuje się w wyjaśnienie  sprawy i gotów jest nie przebierać w środkach aby dowiedzieć się o co w niej chodzi. Nie jest to jednak spowodowane chęcią polepszenia statystyk londyńskiej policji. Gdy odkrywa jak wielkim majątkiem dysponował denat postanawia to wykorzystać i wygrzebać się z własnych tarapatów. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Aby się to udało musi on ukraść tożsamość nieżyjącego bogacza. Jako gliniarz doskonale wie czego unikać i jak działać aby oszukać prawo i nie zwrócić na siebie uwagi policji. Jego misterny plan może by doszedł do skutku gdyby nie to, że miliarder okazuje się całkiem biedny, a wcielając się w niego - Belsey musi kontynuować jego interesy, o których nie ma bladego pojęcia. Im dalej w głąb sprawy wszystko zaczyna plątać się i komplikować. Czytając odnosimy wrażenie, że nikt nie jest tym za kogo się podaje, łącznie z naszym głównym bohaterem.
Oliver Harris napisał świetny thriller i wykreował nietypową postać złego policjanta, do którego nie da się nie poczuć sympatii. Czytając ciągle mamy to uczucie, kiedy idąc ulicą wydaje nam się, że ktoś podąża za nami. Książka trzyma w napięciu i systematycznie zaskakuje. Zdecydowanie jest dla osób o mocnych nerwach – miłośników zagadki. Podzielona na dość krótkie rozdziały czyta się szybko i przyjemnie. Czasami aż tak przyjemnie, że czytając w tramwaju możemy zapomnieć, iż mieliśmy wysiąść trzy przystanki temu! Krótko mówiąc - polecam.
„Podwójne życie” Oliver Harris
Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Żaneta Obrzut

Ukazało się na http://www.kobieta20.pl/