wtorek, 6 listopada 2012

Co w prasie piszczy?

Reaktywując swoją działalność postanowiłam od czasu do czasu polecić Wam jakiś tytuł prasowy, a dokładniej znajdujące się w nim artykuły.
Dziś w moich łapkach znalazł się nowy numer Newsweeka. Wiem, wiem... okładka pewnie większości nie zachęci do ruszania tego numeru i właśnie dlatego ja postanowiłam to zrobić (zachęcić). Ponieważ polityka jest tematem pt. "tykająca bomba" - boję się go szerzej poruszać i postaram się rzadko to robić. W tym numerze jednak na uwagę zasługuje rozmowa Marcina Mellera z Agnieszką Holland o Jarosławie Kaczyńskim, podziale między PO i PiS i oczywiście o znanej Wam katastrofie. Wydaje się, że ten temat został już dawno dogłębnie wyczerpany. Jednak wybitna reżyserka filmowa przedstawia swój pogląd w sposób (wydaje mi się) interesujący. Szczególnie ciekawe wydało mi się stwierdzenie, że Smoleńsk obudził duchy rodem z polskiego romantyzmu i, że nabiera cech metafory polskiego losu (podobno tylko przez męczeństwo, my jako naród, możemy się realizować). Nie mówię już nic więcej na temat tej rozmowy, zainteresowanych odsyłam na 18 stronę gazety:)

Kolejnym artykułem, który mnie zainteresował był artykuł Małgorzaty Święchowicz "Sto przysiadów Syzyfa". Opowiada o 19-letnim Marcinie cierpiącym na autyzm. Bardzo niewielu z nas zdaje sobie sprawę, z czym w praktyce zmagają się dotknięci tą chorobą. Niesamowite jest to, jakie zdolności posiadają autystyczni ludzie. Marcin zapamiętuje wszystko z prędkością światła. Zna mnóstwo dat właściwie nieistotnych wydarzeń. Jednak jego walka z codziennością jest przerażająco smutna. Dodatkowo nie sądziłam, że w Polsce jest tak mało lekarzy zajmujących się dotkniętymi autyzmem. Ponad to porusza kwestie ludzkiej nietolerancji. Na wszystkie zachowania odbiegające od normy reagujemy krytyką bądź odwracamy wzrok z odrazą. Warto to przemyśleć...

Następną dość bulwersującą publikacją, jest tekst Anny Szulc pt. "Żłobki strachu". Porusza znany już Wam pewnie temat traktowania dzieci w prywatnych żłobkach. Przytaczane są przykłady żłobka we Wrocławiu i Starogardzie Gdańskim. Praktyki jakich dopuszczały się pracujące tam opiekunki mrożą krew w żyłach. Ludzie nie wiedzą kto zajmuje się ich dziećmi i to jest wielki błąd! Tzw. kluby malucha, których w ostatnich latach przybyło, są zwykłymi podmiotami gospodarczymi. Co za tym idzie nie zostają objęte żadną kontrolą (ani samorządową, ani kontrolą sanepidu!!!). Słusznie zauważono, że problem leży w braku miejsc w państwowych, dobrze kontrolowanych i bezpiecznych placówkach. Rodzice muszą pracować, a dziećmi ktoś musi się zająć...

Tym co bardzo lubię w Newsweeku są felietony. Od dawna jestem fanką "Listów niewysłanych" Grzegorza Markowskiego i Krzysztofa Materny. Ich rozmowy choć ironiczne i zabawne poruszają aktualne i najważniejsze tematy dotyczącego naszego kraju. Polecam;)

Jak sami zauważyliście będę skupiać się raczej na polecaniu Wam interesujących tekstów o tematyce społecznej. Niemniej jednak, gdy natknę się w prasie na materiał polityczny, który uznam za szczególnie wart uwagi na pewno dam Wam znać;)

Pozdrawiam,
Żaneta

poniedziałek, 5 listopada 2012

I wciąż ją kocham




                                                    Po pierwsze czytelnikom bloga (zakładając, że tacy byli:)) należą się wyjaśnienia dlaczego postanowiłam wrócić. Nie potrafię racjonalnie wyjaśnić dlaczego od marca wpisy na moim blogu przestały się pojawiać. Absolutnie nie jest to spowodowane tym, że przestałam czytać. Myślę, że powody ukryte są w teczce z napisem „sprawy osobiste” i nie chce wyciągać ich na światło dzienne. Do tych wszystkich spraw dołożyło się naprawdę sporo innych obowiązków i to sprawiło, że zaniechałam prowadzenia bloga. Tak jak wspominałam – nie przestałam i myślę, że nigdy nie przestane czytać. W obecnej chwili, nadal mam całe mnóstwo obowiązków i zajęć, ale chęć do dzielenia się przemyśleniami na temat tego co czytam przezwyciężyła obawę związaną z brakiem czasu. Postanowiłam pracować systematycznie nad recenzowaniem przeczytanych książek i mam nadzieję, że dotrzymam danego sobie, a teraz i Wam, słowa. W każdym razie trzymajcie za mnie kciuki.

Odkąd tylko zaczęłam masowo pochłaniać książki, byłam wierna pewnej zasadzie. Jeśli książka doczekała się swojej ekranizacji, najpierw przeczytam ją, a potem ewentualnie udam się na film. Ponieważ łamanie zasad bywa kuszące, niedawno odstąpiłam od tej reguły. Od razu zaznaczę, że był to pierwszy i ostatni raz.

Film, który zainspirował mnie do kupienia(!) i przeczytania książki nosił tytuł  „Dear John”, na polski tłumaczony jako „Wciąż ją kocham”. Ponieważ film (po przeczytaniu książki już wiem, że nie najwybitniejszy) wywołał u mnie uczucie wzruszenia byłam pewna, że książka zrobi jeszcze większe wrażenie. Nie pomyliłam się.

Przyznam szczerze, że „I wciąż ją kocham” autorstwa Nicholasa Sparksa jest pierwszą jego książką w mojej biblioteczce i pierwszą, jaką w ogóle trzymałam w ręku. Do tej pory nie sięgałam po jego tytuły i (chyba niesprawiedliwie) traktowałam je jak niepoważne romansidła, nie warte czasu i uwagi. Nie umiem ocenić całości twórczości Sparksa, ale chętnie lekko przedstawię i ocenię „ I wciąż ją kocham”.
Narratorem powieści jest John Tyree, jeden z jej głównych bohaterów.  To młody chłopak, pochodzący z Północnej Karoliny, gdzie wychowywał się jedynie z ojcem. Przez pierwsze kilkanaście stron John przedstawia nam swoje „ja” z przeszłości. Maluje obraz zagubionego, zbuntowanego nastolatka, który nie potrafi odnaleźć swojego miejsca na ziemi. Przedstawia nam również swoje trudne relacje z ojcem, który nie jest przykładem typowego rodzica. Tak naprawdę opowiada o borykaniu się z samotnością i wrażeniem bezsensowności.


Po ukończeniu szkoły średniej John zaciąga się do  armii Stanów Zjednoczonych, w czym odnajduje sens swojego istnienia. W wojsku przechodzi szkołę prawdziwego, męskiego życia. Dorasta.
Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili,  kiedy John podczas przepustki spotyka Savannah. Savannah Lee Curtis jest młodszą o dwa lata studentką pedagogiki, pełną ideałów i dobrych manier. Dziewczyna spędza wakacje z grupą znajomych, budując domy dla ubogich w ramach akcji dobroczynnej. Historia wydaje się być banalna i tania. Muskularny i wysportowany John wyławia z wody torebkę dziewczyny. Ta w ramach podziękowania zaprasza go na integracyjne ognisko. W błyskawicznym tempie chłopak uświadamia sobie, że spotkana dziewczyna jest ucieleśnieniem jego najskrytszych marzeń i dopełnieniem sensu istnienia. Urzeka go swoim pięknem i wielką miłością do ludzi. Na przekór wszelkim okolicznościom miedzy dwojgiem rozkwita silne, pełne namiętności uczucie. Jednak dwa tygodnie przepustki Johna nieubłagalnie dobiegają końca. Chłopak musi wracać do armii, a Savannah po wakacjach do collegu. Dziewczyna obiecuje ukochanemu czekać na niego do końca okresu jego służby. Dla Johna ta obietnica staje się źródłem siły do przetrwania w wojsku. Ich uczucie rozkwita w wysyłanych do siebie listach. Tęsknota staje się dla dziewczyny ogromnym ciężarem, jednak nieustannie odlicza ona dni do powrotu ukochanego.
Ich plany o wspólnej przyszłości zmieniają wydarzenia z 11 września 2001 roku.

John staje przed trudnym życiowym wyborem. Postanawia dotrzymać wierności ojczyźnie i przedłużyć swoją misję w armii. Niestety wpływa to negatywnie na jego związek z Savannah. Dziewczyna nie potrafi radzić sobie z nieobecnością ukochanego. Będąc w Iraku, John otrzymuje pożegnalny list, w którym Savannah informuje go, że zakochała się w kimś innym.

To sprawi, że w życie chłopaka ponownie wtargnie pustka i dojmujące uczucie samotności. Z biegiem lat okazuje się, że czas nie leczy ran. Po śmierci ojca John wraca do domu, aby uporządkować jego sprawy. Wszystko dookoła przypomina mu o utraconej miłości. Nie potrafiąc sobie wytłumaczyć po co, John odnajduje Savvannah. Okazuje się, że po latach nadal ją kocha i tylko o niej marzy. Dziewczyna jest już jednak mężatką. Niestety jej życie nie jest usłane różami. John poznaje jej męża i dowiaduje się o chorobie, z którą się zmaga. Dodatkowo uczucie jakim darzyła go Savannah wciąż jest boleśnie żywe. Po raz kolejny życie postawi go przed dramatycznie trudnym wyborem.

Ta książka Sparksa być może nie jest najbardziej wymagającą lekturą, z którą przyszło mi się zmierzyć. Wywołuje jednak wiele emocji i funduje maksymalną dawkę wzruszenia, która w jesienne wieczory staje się ucieczką od rzeczywistości. Nie określiłabym tej książki jako romans. Jest na pewno czymś więcej. Po pierwsze jest studium trudnej relacji ojca (który choruje na zespół Aspergera) z synem. Miłość Johna do ojca jest nieustannym biegiem z przeszkodami, które fundują jego autystyczne zachowania. Dodatkowo Sparks uzmysławia nam samotność żołnierzy, którzy dzień po dniu walczą jedynie o ocalenie życia swojego i  partnera na polu bitwy. Na koniec „ I wciąż ją kocham” przypomniało mi, że prawdziwa miłość pozbawiona jest egoizmu i oznacza, że szczęście drugiej osoby jest ważniejsze niż nasze własne.


Z braku większej ilości czasu często czytam książki podróżując komunikacją miejską. Żałuje, że tak smutne, a zarazem piękne, zakończenie książki poznałam jadąc tramwajem. Ocieranie łez w takim miejscu okazało się bardzo krępujące.

A może Wy czytaliście jakieś książki Sparksa, które są równie dobre i godne polecenia? Zachęcam do podzielenia się własną opinią.

„I wciąż ją kocham”, Nicholas Sparks
Albatros, 2008 r.

Pozdrawiam,
Żaneta
(zaneta.obrzut@wp.pl)

środa, 14 marca 2012

W pogoni za złem


W ich żyłach płynie skażona krew. Ich ślina wypala we wszystkim dziury. Pocałunki z nimi mogą być śmiertelnie niebezpieczne. O kim mowa?
            „Dzieci demonów” to pierwsza część trylogii Psia Ziemia autorstwa J.M. McDermott’a. Autor to amerykański pisarz, który ukończył University of Houston, gdzie uczył się kreatywnego pisania. Zrobił również licencjat z literatury popularnej na University of South Maine.
            Świat, w którym toczy się akcja powieści to Psia Ziemia. Przedstawia nam go kobieta zwana Wędrowcem Erin Błogosławionej (lub Biegająca z Wilkami). Tak naprawdę jest ona pół człowiekiem, pół wilkiem. Podróżuje po świecie wraz z mężem próbując wypełnić swoją misję, a mianowicie uśmiercić czarcie pomioty – dzieci demonów. Narracja w powieści jest dwupłaszczyznowa. Z jednej strony wydarzenia opisuje nam kobieta wilk tropiąca demony i jest to teraźniejszość; z drugiej poznajemy wydarzenia przeszłości, w które wprowadzają nas demony – Jona i Rachel. Tytułowe dzieci demonów z pozoru przypominają normalnych ludzi, ale ich ciała pokryte są łuskami, a język jest niezwykle długi. Są bardzo niebezpieczne. Przypadkowy kontakt z ich śliną, krwią czy potem grozi poważną chorobą, a nawet śmiercią.
            Rachel wraz z bratem Djossem docierają do Psiej Ziemi i osiedlają się tam, chociaż miał to być tylko tymczasowy przystanek w ich ciągłej ucieczce ( Rachel musiała uciekać z każdego miejsca, w którym odkrywano jej prawdziwą naturę). Niestety Rachel pomimo osiedlenia się, żyje w ciągłym strachu, unika kontaktów z ludźmi w obawie, że ktoś znów odkryje jej tajemnicę.
            Jona to szlachcic z utraconym majątkiem. W przeciwieństwie do Rachel nie ukrywa się i zostaje żołnierzem w straży królewskiej. Ma całkiem spore grono znajomych, z którymi często się spotyka. Dodatkowo regularnie bywa w domach szlachty, co podwyższa jego morale. Prowadzi rozmaite, czasami brudne interesy. Znacznie mniej niż Rachel obawia się zdemaskowania.
            Miasto, w którym rozgrywają się wszystkie wydarzenia zbudowane jest na kształt średniowiecznego królestwa. Możemy zauważyć bardzo wyraźnie wyodrębnione warstwy społeczne. Szlachta żyje bardzo dostatnie, a biedota przymiera głodem. Wśród nich obecni są jeszcze rzemieślnicy, złodzieje, duchowni, zakonnice.
            Co może się wydawać zaskakujące: po przeczytaniu I części trylogii Psia Ziemia, demony wcale nie wydają się być niepozytywnym bohaterem powieści. Brak tu wyraźnego, klasycznego podziału na czarne i białe. Książka przedstawia demony, które ukazują ludzkie oblicze i pragną mieć odrobinę spokoju.
            Minusem całości jest zawiły styl wypowiedzi Biegającej z Wilkami. W swojej narracji nawiązuje ona do wierzeń i zwyczajów, o których czytelnik nie ma pojęcia. Wyraźnie brakuje tu wyjaśnienia pewnych kwestii. Dodatkowo bałagan wprowadza wyrywanie z kontekstu i przenoszenie nagle akcji w inne miejsce. Zawiodły mnie również ubogie opisy miasta. Chwilami można było mieć spore problemy z wyobrażeniem sobie miejsca, w którym rozgrywają się wydarzenia. Niestety w 10 stopniowej skali „Dzieciom demonów” daję jedynie 4 i nie polecam osobom nie przepadającym za wyższym poziomem fantazji:) 

„Dzieci demonów”, J.M. McDermott
Prószyński i S-ka, 2012
Żaneta Obrzut
(zaneta.obrzut@wp.pl)

piątek, 13 stycznia 2012

Marketing na 5!


     Dziś chciałabym przedstawić książkę, którą zainteresowanych będzie bardzo niewielu z Was (o ile ktokolwiek). Przyczyna jest bardzo prosta i nie zamierzam owijać w bawełnę. Książka jest o marketingu!:) Sami rozumiecie, że zainteresowani będą jedynie Ci, którzy zetkną się z marketingiem na studiach, albo są na tyle szaleni, że sami postanowią zgłębiać jego tajniki. Ponieważ ja zetknęłam się z tą dziedziną na studiach, a książka bardzo pomogła mi ją zrozumieć, postanowiłam wieść o niej podać dalej.
     Książka nosi tytuł "22 niezmienne prawa marketingu" i wydało ją Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne. Jej autorzy to nieznani Al Ries i Jack Trout. Dla kogoś takiego jak ja, kto słowo marketing w życiu codziennym słyszał często ale kompletnie nie wiedział jak to pojęcie zdefiniować i ugryźć ta książeczka była idealna. Nazwałam ją książeczką gdyż ma niewielki format i zaledwie 172 strony (naprawdę zaledwie! bo jest malutka) Jak sama nazwa wskazuje zawiera 22 prawa marketingu, każde umiejscowione w osobnym rozdziale. Rozdziały tytułują prawa i dodatkowo przy każdym mamy mały rysunek, który znakomicie obrazuje każde z nich. Autorzy doskonale wyjaśniają każde prawo podając wiele rynkowych przykładów. Jedynym utrudnieniem jest to, że przykłady są z rynku zagranicznego. Jednak większość z produktów/usług, które pojawiają się w książce są na tyle znane, że nawet my będziemy wiedzieli o co chodzi.
Każdemu, kto ma do zaliczenia marketing w tym lub którymkolwiek semestrze polecam "22 niezmienne prawa marketingu".

Pozdrawiam!
Żaneta Obrzut
zaneta.obrzut@wp.pl


środa, 4 stycznia 2012

Tarantula


Dziś chciałabym Wam przedstawić książkę, której ekranizację całkiem niedawno bo 16 września 2011 mogliśmy oglądać w kinach. Był to film Pedro Almodovara
 pt. „Skóra, w której żyję”, a tytuł książki brzmi „Tarantula” i jest ona autorstwa Thierry’ego Jonquet’a.  Ponieważ zdecydowanie hołduję zasadzie – „najpierw książka, a potem ewentualnie film” i tym razem postanowilam zacząć od książki. To był chyba dobry wybór, gdyż sama książka wywarła na mnie ogromne wrażenie i obawiam się, że wizualizacja historii Jonquet’a mogłaby mnie ‘zabić’ (uśmiech).
            Thierry Jonquet to francuski pisarz, który źródła inspiracji szuka w codziennych gazetach, w „barbarzyństwie świata, w którym żyjemy”. Mam ogromną nadzieję, że historia Tarantuli nie jest w całości zaczerpnięta ze świata zewnętrznego. Jeśli jest – to nie ukrywam, że jestem zaniepokojona. Od początku książki zostają nam ukazane dwie, z pozoru odrębne historie.
            Pierwszą z nich jest historia Richarda Lafargue’a – bogatego chirurga plastycznego, którego żona nie żyje, a córka Viviene od lat mieszka w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Prowadzi on nieco podwójne żyje. Zamieszkuje olbrzymią, wystawną willę wraz z tajemniczą, piękną Ewą. Z jednej strony jest całkiem normalnym acz nieszczęśliwym z powodu swojej rodziny człowiekiem. Z drugiej niewytłumaczalna jest jego relacja z Ewą. Richard pokazuje się z nią na przyjęciach, a dodatkowo zmusza ją do prostytucji. Co wieczór narkotyzuję ją i zamyka w swoim pokoju. Dlaczego piękna piosenka „The Man I Love”, którą często gra Ewa doprowadza go do szaleństwa?
            Drugą historią są losy dwójki przyjaciół Vincenta i Alexa. Pierwszy z nich zostaje uprowadzony przez nieznajomego mężczyznę. Drugi – Alex od czasu zaginięcia przyjaciela raz po raz pakuje się w kłopoty. Gdy napada na bank i zabija policjanta zaczyna się ukrywać. Dowiaduje się o znakomitym chirurgu plastycznym Richardzie Lafargue’u i chcąc uniknąć kary, postanawia porwać piękną Ewę i zmusić lekarza do wykonania operacji plastycznej twarzy.

            Dodatkowo pomiędzy tymi dwoma historiami w książce znajdują się drastyczne zapiski ofiary, która nazywa swojego kata Tarantulą. Porównanie to sugeruje, że kat jak pająk przygląda się swojej zdobyczy. Najpierw głodzi ją, a później stopniowo zaczyna przynosić wodę, jedzenie… Później meble, płyty, fortepian. Wzbudza w swojej ofierze wdzięczność, a dodatkowo podaje jej dziwne zastrzyki.
            Jaki związek mają te zapiski z dwiema historiami opisanymi wcześniej? Brr.. przechodzą mnie ciarki jak sobie o tym przypomnę. Świat przedstawiony w utworze jest opisany prostym, wręcz banalnym językiem – tylko taki język mógł nadać książce klimat grozy, obrzydliwości, wszechobecnej nienawiści. Relacje pomiędzy bohaterami opierają się tylko i jedynie na negatywnych uczuciach i wszędzie wyczuwa się ogromną chęć zemsty. Kto, na kim i dlaczego miałby się mścić? Polecam abyście przeczytali sobie to krótkie studium relacji kata i ofiary. Zdecydowanie warto. A! I coś jeszcze. Sądzę, że taką dawką perwersji powinny zmierzyć się osoby w wieku +18.


„Tarantula” Thierry Jonquet
Prószyński i S-ka 2011
Żaneta Obrzut





Już wkrótce recenzja książki Antoinette van Heugten pt. "Dotknąć prawdy" oraz Harlan'a Coben'a pt. "Zachowaj spokój". 


Pozdrawiam!

wtorek, 3 stycznia 2012

Pomiędzy światami


Wyobraź sobie, że nagle stajesz się niewidzialny dla wszystkich dookoła. Brzmi zabawnie...? Elizabeth Valchar wcale nie była zadowolona, że utknęła „Pomiędzy światami”.

            Sytuacja, w której poznajemy główną bohaterkę książki Jessici Warman nie jest dla niej zbyt różowa. Elizabeth budzi się na jachcie po imprezie z okazji swoich osiemnastych urodzin i słyszy denerwujący łomot. Bang, bang, bang… Coś uporczywie uderza o łódź. Dziewczyna doznaje szoku, a ja uczucie zażenowania, gdy okazuje się, że źródłem hałasu jest jej martwe ciało, unoszące się na powierzchni wody. Nie mogąc uwierzyć w to co widzi, zostaje zaskoczona raz jeszcze i obdarowana towarzyszem, który o dziwo widzi ją i słyszy. Jest nim Alex, chłopiec ze szkoły Elizabeth, który umarł rok wcześniej. Jego towarzystwo w pierwszych chwilach nie dodaje jednak dziewczynie otuchy. Przede wszystkim dlatego, że Alex nie pała sympatią do Liz. Nie jest to oczywiście nieuzasadnione. Elizabeth za życia była piękna, bogata, rozpieszczona i popularna. Dodatkowo umiejętnie wykorzystywała to aby dać w kość innym. Ale teraz jest martwa. Może jedynie obserwować ból i łzy najbliższych. Udręką są również ogromne luki w pamięci dziewczyny. Właściwie cała jej przeszłość to kompletnie czysta karta. Nie wie jak umarła, ani co robiła przez ostatni rok. Wraz z Alexem zanurzając się w kolejnych wspomnieniach (zarówno tych jej jak i jego) odkrywa jakimi ludźmi byli ona i jej przyjaciele. Z perspektywy czasu i wcielenia (teraz Elizabeth jest duchem) nie do końca podoba jej się to jak żyli. Dodatkowo zaczyna dostrzegać, że jej na pozór udane życie było dalekie od ideału. Do tego nadal pozostaje do odkrycia jak to się stało, że umarła i dlaczego jej towarzyszem jest akurat Alex (mało lubiany i kompletnie niepopularny chłopak, który na pewno nie pasował do jej ziemskiego towarzystwa), co również ma tutaj spore znaczenie.
            Fabuła książki na samym początku nie wydaje się zbyt ambitna. Paczka bogatych nastolatków urządza mocno zakrapianą imprezę na jachcie głównej bohaterki. Ona – piękna acz pewnie głupia upija się i nieszczęśliwie wypada za burtę. Dodatkowo budzi się jako duch i rozpacza… Jednak z każdą stroną przekonujemy się, że to historia o wiele bardziej skomplikowana, mająca drugie, głębsze dno.
Książkę pisaną w narracji pierwszoosobowej czyta się o dziwo dobrze, a styl pisania autorki jest łatwy i przyjemny. Wybaczyć można również literówki w druku.
Postaci występujące w niej niestety są dość typowe. Zazdrosna i mniej piękna przyrodnia siostra Elizabeth – Josie. Richie – jej chłopak, uroczy łobuz mający problemy z prawem. No i Alex – biedny, niepopularny, stojący w opozycji do Elizabeth i jej paczki. Pomimo powtarzającego się schematu, który pasuje do wielu książek i filmów, ta zdobywa me uznanie dzięki istotnemu morałowi. Wypływa on z pomiędzy słów, zdań, kartek i jest sporym ostrzeżeniem dla dorastających nastolatków. W skali od 1 do 10 dałabym mocne 6! Polecam.

„Pomiędzy światami” Jessica Warman
Prószyński i S-ka 2011
Żaneta Obrzut