piątek, 31 maja 2013

"Polowanie"

     Każdemu należy się czasami dzień spędzony w łóżku pod kocem. Ja zafundowałam sobie taki wczoraj i nawet udało mi się nie myśleć o jego konsekwencjach. Z uwagi na to, że już dawno nie widziałam jakiegoś ambitniejszego filmu postanowiłam to nadrobić. Chciałam obejrzeć coś w miarę świeżego, więc przy wyborze filmu kierowałam się kryterium daty produkcji – nie wcześniej niż 2012 rok. No i wybrałam – „Polowanie”.

                „Polowanie” (dun. Jagten) to duński dramat z 2012 roku, w reżyserii Thomasa Vinterberga.
Lucas (Mads Mikkelsen), czterdziestoletni rozwodnik, mieszka w małym, duńskim miasteczku. Nie potrafiąc spełnić się w swoim rodzinnym życiu, odnajduje spokój pracując wśród dzieci. Choć mężczyzna pracujący w zawodzie przedszkolanki, wydaje się być dziwnym zjawiskiem, Lucas ewidentnie ma dobre podejście do swoich podopiecznych, co od pierwszych scen wywołało uśmiech na mej twarzy. Spokój w życiu bohatera burzy blond włosa 7-latka.
         Klara (Annika Wedderkopp) to jedna z podopiecznych przedszkola, w którym pracuje Lucas. Dodatkowo córka jego najlepszego przyjaciela. Dziewczynka darzy swojego opiekuna szczególną sympatią. Daje mu prezenty, przytula się, a jednego razu nawet całuje go w usta. Kiedy opiekun tłumaczy jej, że taki rodzaj okazywania uczuć powinna pozostawić dla swoich rodziców, dziewczynka czuje się odrzucona. Zbyt dalekim stwierdzeniem byłoby powiedzenie, że 7-latka z rozmysłem planuje zemstę, ale nieświadomie to właśnie zrobi. Klara nie wie, co dokładnie znaczą i przedstawiają porno obrazki, które na ekranie monitora pokażą jej starsi koledzy. Wie jednak, że to coś niedobrego, czego nie powinna oglądać i czym może wyrządzić „krzywdę” Lucasowi.
                Zaniepokojona szefowa przedszkola wraz z wezwanym psychologiem przeprowadzą z dziewczynką rozmowę, w czasie której bardziej zasugerują jej niż od niej usłyszą, że była molestowana. Raz rzucone kłamstwo szybko wymknie się spod kontroli i zacznie żyć swoim życiem. Dziewczynka nie potrafi później odkręcić swojego oskarżenia, gdyż każde jej zaprzeczenie czytane jest, jako strach i skrępowanie. Nieskończona fantazja dzieciaków sprawi, że zaczną powtarzać niestworzone historie o ich zamykaniu przez Lucasa w piwnicy, której nigdy nie miał. Społeczność małego miasteczka z przyjaciół zmieni się we wrogów i zwyczajnie zatruje życie bohatera.
                Film pokazuje, że raz oskarżony i „zniszczony” człowiek już nigdy nie wróci do siebie sprzed okrutnych wydarzeń. Jest też swojego rodzaju przestrogą przed wpadaniem w zbiorową histerię i przedwczesnym oskarżaniem ludzi. „Polowanie” jest kinem ‘czystym’, nie ma w nim bujdy, niepotrzebnych a efektownych scen, naciągania.  Czasem warto obejrzeć coś mniej spektakularnego a prawdziwego, a nie ciągle karmić się bajkami, na które po prostu dobrze się patrzy.
Moja ocena tego filmu to 8/10. Zdecydowanie polecam.

Żaneta






środa, 29 maja 2013

50 odcieni głupoty

                Ponieważ nie narzekam na nudę w swoim życiu, zaledwie kilka dni temu zamknęłam trzeci tom (dzięki Bogu ostatni!) słynnej trylogii autorstwa Erici Leonard, która tworzy pod pseudonimem E.L. James. Trzy tomy zatytułowane były kolejno: „50 Twarzy Greya”, „Ciemniejsza strona Greya”, „Nowe oblicze Greya”.  Pewnie nie powinnam zaczynać mojej pseudo recenzji od wyplucia własnej opinii, ale: jakże się cieszę, że już skończyłam to czytać i mogę sięgnąć po bardziej wymagającą literaturę.   
          Generalnie nie widzę zbyt dużego sensu w szerokim opisywaniu treści, gdyż ku mojemu zdziwieniu książkę czytało już bardzo dużo osób, a jeśli nie czytali samej książki to usłyszeli o zamieszaniu, jakie wywołała i wiedzą mniej więcej, o czym traktuje. Jednak na wszelki wypadek przybliżę treść, choć w kilku zdaniach dla tych, którym cudem udało się uniknąć zetknięcia z Greyomanią.  Mianowicie: Główna bohaterka to Anastasia Steel, absolwentka literatury, nieśmiała, niezdarna, wstydliwa, „potykająca się o własne nogi”, typowa szara myszka. Główny bohater – Christian Grey, bajecznie przystojny, obrzydliwie bogaty, inteligentny, kulturalny, tajemniczy przedsiębiorca. Spotykają się pewnego dnia, kiedy to panna Steel zastępując swoją chorą przyjaciółkę jedzie przeprowadzić z nim wywiad dla studenckiego pisma. Nie, nie, nie… nie zakochują się w sobie od razu. Początkowo sytuacja wygląda tak, że jej uginają się wręcz nogi przed tym boskim, tajemniczym mężczyzną, a on od pierwszych chwil myśli tylko o „perwersyjnym bzykanku”.  Niezdarna i niedoświadczona Steel szybko daje się namówić na układ, w którym powinna grać rolę Uległej i spełniać wszystkie oczekiwania swojego Pana (naturalnie w nadziei, że rozkocha w sobie tego erotycznego tyrana). Oczywiście oczekiwania dotyczą wszelkiego rodzaju ćwiczeń seksualnych. Nie wdając się zbytnio w szczegóły dodam tylko, że plan Greya spala na panewce, w momencie, kiedy budzą się w nim nieznajome dotąd uczucia. Między dwojgiem wybucha wielka, gwałtowna, pełna pożądania miłość... Nie chcąc zdradzać konkretów (może znajdą się jeszcze ciekawi, którzy pomimo moich złych słów, będą chcieli zapoznać się z trylogią) przejdę do tego, co mnie w całości irytowało, zniesmaczało i sprawiło, że, posługując się facebookowym slangiem, zdecydowanie tego nie lubię.                
         I tak PO PIERWSZE i chyba najważniejsze: ta książka, za którą podobno kobiety powinny szaleć, a z której mężczyźni wiele powinni się nauczyć, to zrobienie wody z mózgu młodym ludziom, którzy dopiero rozpoczną swoje życie seksualne.  Pomimo tego, że seks dawno przestał być tematem skrajnie zakazanym i nastolatki wiedzą sporo, jeśli nie bardzo dużo o tym „jak to się robi”, ta książka bardzo wypacza obraz rzeczywistości. Steel i Grey na seks mają ochotę zawsze i wszędzie. Okej, to nie jest jeszcze przecież dziwne. Rozumiem, że są młodzi i spragnieni erotycznych doznań. Byłabym nawet zdziwiona gdyby było inaczej. Jednak fakt, że Steel będąca dziewicą, wita swoje seksualne życie wielokrotnym orgazmem, w dodatku z mężczyzną, którego ledwie zna, a który jest Panem- erotomanem jest dość zastanawiający. W dodatku zachęca młode kobiety do szalonego początku swoich erotycznych doznań, co niekoniecznie jest wspaniałym pomysłem.  Następnie dość odbiegającym od rzeczywistości jest to, że ich seksualne przeżycia za każdym razem są tak fantastyczne, iż Anastasia „rozpada się na tysiące kawałków” (czytaj – dochodzi), czasem nawet na sam widok swojego księcia lub po 30 sekundach jego dotyku jej sutków. Fantastyczny Grey natomiast jest „gotowy do działania” o każdej porze dnia i nocy, kiedy tylko Steel przygryzie wargę lub przewróci oczami. Nie chciałabym bawić się w eksperta, ale niedoświadczeni nastolatkowie, jeśli nie wyczują tu FIKCJI literackiej, mogą pomyśleć, że z nimi jest chyba coś nie w porządku i chyba nie ogarniają, skoro nie są tak sprawni w tych fikołkach. Chyba zakończę na tym temat edukacji seksualnej, bo seksuologiem to ja nie jestem i nie będę (chociaż…?) i mogłabym zagalopować się w swoich przypuszczeniach (dotyczących oczywiście krzywdy, jaką może wyrządzić seks-trylogia).
                 Kontynuując, PO DRUGIE, ja rozumiem, że w temacie seksu liczba słów, określeń i synonimów jest ograniczona, ale żeby w całej książce występowały aż tak liczne powtórzenia to chyba kiepsko świadczy o całości. Nie wiem ile razy w książce pada określenie: „mój Szary”, „jęczę mu do ust”, „rozpadam się na kawałeczki”, „święty Barnabo” (swoją drogą, co to w ogóle za tłumaczenie?) i tym podobne banały. „Kuźwa do kwadratu” – czy ktoś słyszał w ogóle kiedyś takie przekleństwo? Czyżby tłumaczka chciała być zbyt dosłowna? Rozczarował mnie poziom języka, jaki użyty jest w książce. Przyznam szczerze, że zawsze uważałam czytanie za czynność, która nie tylko pozwala na podwójne życie i wczuwanie się w losy zapoznawanych bohaterów, ale również rozwijącą nasze zdolności językowe i zwiększającą zasób słownictwa. Niestety „50 twarzy…” nie spełnia tych funkcji. Czytanie tej książki nie wymaga żadnego wysiłku prócz oczywiście tego by utrzymać ją w rękachJ Wiem, że niektóre powieści pisane są ku odprężeniu i odpoczynku ich czytelników… Na pewno się nie zmęczyłam, ale czy książka pozwoliła mi się odprężyć?
          NIE, i tu zaczyna się moje PO TRZECIE. Mianowicie fikcja w książce jest tak daleko idąca, że nie dotyczy jedynie erotycznych uniesień bohaterów. Sama ich kreacja jest przewidywalna, niestety dosyć nudna i abstrakcyjna. Anastasia jest cichą, skromną, ambitną i grzeczną dziewczynką. Sierotką Marysią, na dobrą sprawę nudną jak flaki z olejem. No taką, bądźmy szczerzy, popierdółką. A on jest najprzystojniejszy, najbogatszy i w ogóle NAJ. Stać go chyba na wszystko, gdyż nie wiem, co można mieć więcej niż jachty, helikoptery, odrzutowce, apartamenty to tu to tam, szybkie samochody, najdroższe ubrania, gosposie i agentów ochrony. Ten inteligentny, boski gość zwraca uwagę na tą potykającą się o własne nogi szarą myszkę. Chciałoby się rzecz z nieskrywaną ironią: „No naprawdę??” To historyjka rodem z amerykańskich komedyjek, a rzeczywistości w niej mniej niż w Harrym Potterze. Całość ewidentnie jest dość irytująca. 
                Żeby nie być do końca zołzowatą pseudo krytyczką powiem, czym „50 twarzy Greya” (oczywiście wg mnie) się broni. Mianowicie tajemnica przeszłości, jaką ma za sobą nigdy-niewyczerpany-kochanek oraz wątki kryminalno-sensacyjne, jakie pojawiają się w całości sprawiają, że jest się tu czegoś ciekawym. Przynajmniej ja dzięki temu byłam ciekawa dalszych wydarzeń.
Zaczynając lekturę pierwszego z trzech tomów byłam pełna nadziei. Wydawało mi się, że to faktycznie hit, który przepełniony erotyką będzie faktyczną nowością na księgarnianych półkach. Niestety utwór okazał się kiepskim romansem z elementami erotyki. Wbrew opiniom z okładki, feministki nie mają czego zawdzięczać książce, w której mężczyzna przedstawiany jest, jako młody Bóg, któremu każda kobieta chciałaby ulec. Czy współczesne kobiety chcą być tak postrzegane? Nie ośmielę się teraz na napisanie, któregoś z dwóch stwierdzeń: „Zachęcam do lektury”, bądź „Odradzam”. Żadna ze mnie wyrocznia, ale moje zdanie już znacie. Mogę tylko powtórzyć i jeszcze raz podkreślić swoją radość z tego, że mogę już zająć się znacznie bardziej wymagającą literaturą.

Ps. Ponieważ temat może wywoływać kontrowersje, dla jasności podkreślę, że to jest TYLKO I WYŁĄCZNIE moja SUBIEKTYWNA opinia.

Pozdrawiam, Żaneta. 



wtorek, 9 kwietnia 2013

"I gdzie jest ten Bóg?"





„Ból też potrafi spętać skrzydła i uniemożliwić latanie (…). I jeśli będą spętane przez długi czas, zapomnisz, że zostałeś stworzony do latania.”


Od pewnego czasu zastanawiałam się jak przedstawić Wam tą książkę, abyście mnie dobrze zrozumieli. Obawiałam się (zresztą nadal się obawiam), że zaraz padną oskarżenia, że próbuje nawrócić, urobić na swoją stroną itd.. Od razu zastrzegam -  naprawdę nic nie próbuje. Przedstawiam Wam po prostu kolejną książkę, którą uważam za wartą przeczytania. Myślę, że to opowieść godna uwagi każdego – niezależnie od jego wiary lub jej braku. No ale do rzeczy…

Mackenzi Allan Phillips jest średnio-wierzącym mężem i ojcem trójki wspaniałych dzieci. W ostatni weekend wakacji postanawia zabrać dzieciaki nad jezioro Wallowa. Ostatniego dnia przyjemnego biwaku dwójka starszego rodzeństwa postanawia popływać kajakiem po jeziorze. Kiedy ich łódka wywraca się do góry nogami, Mack rzuca się na ratunek dzieciom, zostawiając swą najmłodszą córkę – Missy, na brzegu jeziora samą. Po krótkiej chwili, w czasie której udaje mu się wyciągnąć dzieci z wody okazuje się, że Missy zniknęła. Poszukiwania, w które angażuje się policja i wszyscy uczestnicy biwaku przynoszą zatrważający rezultat. Wszystko wskazuje na to, że mała córeczka Macka padła ofiarą seryjnego zabójcy.  W chacie na pustkowiach Oregonu policjanci odnajdują sukienkę, w którą ubrana była Missy i choć nie ma tam ciała dziewczynki, nikt nie ma już nadziei.


Cztery lata po brutalnym morderstwie Mackenzi dostaje dziwny list. Krótka wiadomość podpisana słowem „Tata” wydaje się być zaproszeniem na weekend w chacie, w której zginęła mała Missy. Mężczyzna decyduje się podjąć wyzwanie i przyjmuje zaproszenie, którego nadawcą wydaje się być sam Bóg. Po dotarciu na miejsce, Mack spotyka przesympatyczną trójkę, która za nic w świecie nie przypomina Trójcy Świętej. Wesoła murzynka o sporych gabarytach, żydowski robotnik i śliczna Azjatka to po kolei Bóg, Jezus i Duch Święty.

Po tym co spotkało jego córkę, Mack jest sceptycznie nastawiony do Boga i jego miłosierdzia. Nie jest w stanie pojąć, jak jest możliwe wobec miłości Boga to, że giną niewinni i bezbronni ludzie. Jest na Niego wkurzony, wątpi i nie rozumie. Właśnie dlatego, Bóg zaprasza go na weekend aby uświadomić mu dlaczego złe rzeczy spotykają nawet dobrych ludzi oraz to, że On kocha wszystkich w taki sam sposób. Ta wspaniała sesja terapeutyczna jaką Bóg funduje Mackowi przynosi mu spokój i napełnia go wiarą. Choć całość może wydawać się jednym wielkim zbiorem morałów, nie ma w niej pouczania i protekcjonalnego tonu. To historia, która sięga ponad podziały. Bóg jakiego poznał główny bohater, to Bóg jakiego chciałby spotkać każdy z nas. Mack uczy się, że to co spotkało jego córkę nie było żadną karą. Dowiaduje się jak niszczycielska jest siła instytucji i ile mitów o Bogu stworzył sobie człowiek. Dostaje od Boga proste wskazówki i rady, które koją jego serce.
Urzekło mnie jego własne podsumowanie, które kieruje do czytelników:

Większość z nas ma swoje smutki, nieziszczone marzenia, złamane serca i straty, swoją własną ‘chatę’. Modle się, żebyście znaleźli tę samą łaskę, którą ja znalazłem, i żeby obecność Taty, Jezusa i Sarayu napełniła waszą wewnętrzną pustkę nieopisaną radością i chwałą.”

Wiem, że ludzi, którzy kompletnie nie wierzą w Boga w ogóle nie przekonałam do przeczytania tej książki. Wszystkim, których drażni instytucja kościoła, bądź sami już nie wiedzą czy On jest czy też Go nie ma, bardzo gorąco polecam! Bo to historia, którą czyta się jak modlitwę. Historia, której poznanie działa lepiej niż spowiedź.
Dodatkowy plus dla książki Williama P. Younga jest oryginalne podejście do tematu! Znacie książkę, która w podobny sposób opisuje relacje człowieka z Bogiem?

Ps. Wiem, że to duży dysonans, ale czytam teraz słynnego, przepełnionego erotyzmem (ah, jak to delikatnie ujęłam) Greya. Jestem pod koniec drugiej części. Jak skończę to może niekoniecznie napiszę dla Was recenzję (książka jest już chyba zbyt znana), ale chętnie napiszę Wam co o tym całym seksualnym rozpasaniu sądzę.

Pozdrawiam!
Żaneta

czwartek, 14 lutego 2013

White flag

 Żankę dopadła grypa.
Z powodu męczącej  gorączki nie będzie jeszcze dziś recenzji.
Słodkiego wpisu walentynkowego też nie będzie.
Jest tylko piosenka.



"I know you think that I shouldn't still love you
I'll tell you that
But if I didn't say it
Well, I'd still have felt it
Where's the sense in that?"



piątek, 8 lutego 2013

music is the key

Helloł:)
Wiem...  - Nie, to byłoby zbyt aroganckie i pewne siebie. Mam nadzieję, że czekacie na post z recenzją kolejnej książki (będzie od razu z recenzją dwóch). Obiecuje, że wkrótce się taki pojawi, ale dziś chciałabym podzielić się z Wami kilkoma utworami, które ostatnio mi towarzyszą.

Mam nadzieję, że obcowanie z tymi utworami da Wam tyle cennych przemyśleń i radości co mi:)


Pozdrawiam!







piątek, 11 stycznia 2013

O miłości do reportaży


               Witam Wszystkich po dość długiej nieobecności. Okres świąteczno-noworoczny zdecydowanie nie sprzyja jakiejkolwiek pracy, wybija z wszelkiego rytmu i rozleniwia. Na mnie niestety też tak podziałał. Dopiero od kilku dni drastycznie wracam do mojej rzeczywistości. Nie oznacza to jednak, że cały miesiąc, w czasie którego do Was nie pisałam – nie czytałam. Przeciwnie, udało mi się przeczytać dwie książki. Jedną dłuższą, drugą krótszą. Jedną wspaniałą, drugą zdecydowanie niewartą uwagi.
Pamiętacie jak pisałam Wam, że z uwagi na zimę za oknem, zabiorę się za czytania „Lata miłości”? Zabrałam się i nawet przeczytałam do końca tą książkę, ale tylko dlatego, że nienawidzę nie kończyć rozpoczętych lektur.

Przedstawiona historia nie jest zbyt oryginalna, ale to nie jest właściwie moim głównym zarzutem. Najgorsze jest to, że napisana jest bardzo nudno, bez konkretnej akcji, punktu kulminacyjnego czy dobrych dialogów, które by mną poruszyły. Czasami książka warta jest przeczytania choćby dla kilku pięknych sentencji, które mogą być drogowskazem dla naszego życia. W tej niestety nie znalazłam niczego i bardzo mnie to rozczarowało.
Przedstawię po krótce. Ellie to dziewczyna, która wychowywała się w przyklasztornym sierocińcu. W pewnym momencie swojego życia podejmuje pracę na farmie u sporo starszego od siebie wdowca. Niedługo potem, właściwie z niewiadomych przyczyn, wychodzi za niego za mąż. Dillahan – współmałżonek Ellie, ciągle cierpi po stracie pierwszej żony. Dziewczyna jest wystawiona na ciągłe porównania ze zmarłą poprzedniczką. Jej życiem rządzi schemat i przyzwyczajenie. Wszystko zmienia się, kiedy pewnego dnia dziewczyna spotyka na swojej drodze intrygującego nieznajomego. Pomiędzy Ellie a przybyszem wybucha gwałtowne uczucie. (Choć na moje oko słowo ‘gwałtowne’ nie jest tu chyba zbyt trafione) Florian – nieznajomy przyjezdny, nie zdradza jednak swojej ukochanej, że wkrótce emigruje. Ellie nie chce oszukiwać męża, ale nie potrafi zakończyć letniego romansu…
W całości lektury ciekawe było dla mnie jedynie zapoznanie się z irlandzką rzeczywistością, w której toczyła się akcja. Niestety nie polecam Wam lektury „Lata miłości” i nie dodam chyba już do tego nawet pół zdania.  
        
      Bardzo gorąco polecam Wam za to drugą książkę, z którą miałam niewątpliwą przyjemność zapoznać się w tym luźniejszym czasie. Nie ukrywam, że był to bardzo trafiony prezent gwiazdkowy, który bezsprzecznie podniósł wartość mojej prywatnej biblioteczki. Mowa o „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”. Z czystym sumieniem będę proponowała każdemu przeczytanie tej antologii. Nawet tym, którzy na co dzień nie są miłośnikami literatury faktu. Zbiór Szczygła zawiera 27 reportaży wybitnych polskich twórców tego gatunku. Teksty te publikowane były wcześniej w dodatkach do „Gazety Wyborczej” czy w „Polityce”. Znajdziecie tam reportaże między innymi: Wojciecha Tochmanna, Witolda Szabłowskiego, Jacka Hugo-Badera, Lidii Ostałowskiej, Mariusza Szczygła itd.
               Nie czuję się na tyle mądra żeby konkretnie oceniać te teksty. Jestem chyba na to „za malutka”. Mogę Wam jednak powiedzieć, że te reportaże się pochłania, czyta z przerażeniem, wypiekami na twarzy, wzruszeniem. Sam Szczygieł powiedział kiedyś, że „reportaże zostawiają nas z tym czymś, z czym zostawia nas wybitne malarstwo” – i ja się z tym całkowicie zgadzam. Rzeczywistość przedstawiona w tym zbiorze zakrawa o absurd. Zdecydowanie jestem w szoku po poznaniu tej prawdy o Polsce. Większość tych reportaży mówi o Polsce z czasów PRLu. O takiej Polsce, o której ja – urodzona w 1991 roku – nie mam bladego pojęcia. Tym bardziej cieszę się, że przeczytałam ten zbiór. Otworzył mi oczy, potrząsnął mną.
   
W tej antologii możecie poznać historię „Długu”, na podstawie której powstał znany film Krzysztofa Krauze, możecie przeczytać o ludziach żyjących serialami, o przemycie narkotyków w żołądku, o graniu na giełdzie, o Imperium Rydzyka, o modzie na siłownie, o disco polo, o początkach Centrum Handlowego Arkadia, o architekturze polskiej prowincji, o „trendsetterach” i „lansie”, o kulcie Amway’a, o człowieku z anulowaną pamięcią – który notabene stał się symbolem nauki życia od nowa w Nowej Polsce. Wyliczając dalej zapoznacie się z reportażem o dwóch mamach Jasia, o liście Wildsteina, o ZOMO; natkniecie się na niezwykle ciekawy reportaż stworzony z ogłoszeń prasowych, reportaż o Polakach na seks czasie, o podziemiu aborcyjnym, o rozkładzie edukacji, o księdzu geju, związkach homoseksualnych, o WTC.
     Nie jestem pewna czy nic nie ominęłam. Chciałam Wam tylko wyliczyć. O każdym z tych reportaży można by mówić z osobna. Waga każdego z nich jest inna. Jedne są cięższe i trudniejsze do przełknięcia, drugie nieco lżejsze. Po lekturze, tych w moim odczuciu najcięższych, najbardziej przerażało mnie, że przecież reportaż to opowieść o tym co wydarzyło się naprawdę. Nie ma w nim cienia fikcji literackiej. To jest właśnie rzeczywistość….
     Niezwykle wzruszający był dla mnie (UWAGA możecie się zdziwić) reportaż o księdzu geju zarażonym wirusem HIV  pt. „Wściekły pies” Wojciecha Tochamana. Kazanie, które układa sobie w głowie zrozpaczony kapłan jest niebywale szczerą spowiedzią, której słowa mogą oburzyć, zawstydzić, rozgniewać… a mnie wzruszyły. Choć na co dzień nie pałam sympatią do księży, szczerość Tego obudziła we mnie spojrzenie na Niego jak na (po prostu!) człowieka. Człowieka przestraszonego, grzesznego i samotnego. Wzbudził we mnie niespotykaną litość. Następny, który bardziej przykuł moją uwagę (pewnie z racji płci) to reportaż Lidii Ostałowskiej pt. „Bolało jeszcze bardziej” o polskim podziemiu aborcyjnym. Nie chce teraz opowiadać się za, czy przeciw… albo kiedy to wg mnie dopuszczalne, kiedy nie bardzo. Nie o to chodzi. Kobiety decydują się na aborcje z różnych (bardzo różnych!) powodów i nie mnie to oceniać. Najbardziej odrażające jest jednak to, w jakich warunkach i atmosferze się to odbywa. Ciarki na plecach!

Po przeczytaniu tej antologii moje zakochanie w dziennikarstwie i reportażu przerodziło się w prawdziwą miłość. Ogólnie mam bzika na punkcie książek – to prawda, ale czytanie tej, bardzo często, obrzydliwej prawdy jaką pokazują reportaże jest elektryzujące, przerażające i wzruszające. To uczucia, które rzadko udaje się wywołać innym gatunkom. Naprawdę gorąco polecam! Absolutnie każdemu. Chyba, że nie jesteście zbyt odważni aby poznać prawdę…

Nadal jestem zasypana masą książek, które chce przeczytać. Moja własna biblioteczka jest w dalszym ciągu przeze mnie nieokiełznana – co właściwie bardzo mnie cieszy. Okres urodzinowo- świąteczny dostarczył kolejnych zdobyczy, dodatkowo sama nie opanowałam się przechadzając się po Empiku. Także ja wkładam ponownie nos w książki (te czytane dla siebie, ale również potrzebne do napisania [O ZGROZO!] pracy licencjackiej), a Wy… róbcie co chcecie, byle dawało Wam to tak dużo – jak mi czytanie.
Ściskam!

Ps. Zwykle polecam Wam tylko książki czy artykuły w gazetach. Dziś jednak nie mogę powstrzymać się od podzielania się z Wami piosenką, która ostatnio wkradła się do mojej głowy i nie chce jej opuścić. To nie jest żadna nowość, a ze mnie żaden znawca muzyki... Jednak znawcą książek też się nie uważam, a jednak o nich do Was piszę. Więc:





Ta piosenka stała się dla mnie pięknym hymnem o byciu dobrym dla innych. Może i wy znajdziecie w niej inspirację...



Ż.O
(zaneta.obrzut@wp.pl)